Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Strona osobista:Monika Mosiewicz/Mrówkofon

< Strona osobista:Monika Mosiewicz

Mrówkofon

Nigdy wcześniej ich nie widziałem, stali bez słowa, trzymając się za ręce jak dzieci i patrzyli na robotników wyładowujących z cieżarówki jednakowe białe pudła zaklejone białą taśmą, pakunki zawinięte w mleczno-biała folię. Jakiś okrutny pokaz sterylności, żadnych kwiatów, lamp z abażurem, wydawało się, że każda łyżeczka i kieliszek, musi w środku mieć osobne opakowanie. Z bąbelkowej folii, a jakże. Następnego dnia znalazłem w drzwiach karteczkę: “Chcielibyśmy się z Panem spotkać. J.J.” i dopiero kiedy stałem trzy godziny później przed ich drzwiami, zastanowiłem się, skąd właściwie wiem, że to od nich. Na drzwiach nie było tabliczki, zadzwoniłem.
- Witamy! Pan Szrejter, spod czwórki? proszę, proszę, - mówił J. - on, ze szklaneczką w dłoni. Wyobrażałem sobie, że mieszkanie będzie białe, nowoczesny minimalizm, ale w pokoju stała nawet lampa z abażurem i frędzlami, kanapa z całą masą poduszek, w tych błyszczących poszewkach, tak przyjemnie zimnych w pierwszym dotyku. Satyna - patyna i secesja w jednym. Beż, bordo, brąz, aż nabrałem ochoty, żeby zapaść się w tę kanapę i zostać choćby do północy, jak w kokonie. Zjawiła się J.-ona z tacą.
- Wiedział Pan, że Pani Ewa, która mieszka na przeciwko Pana, jest ento...mlo.., znaczy ma robaki w gablotach. W domu! Czy to nie jest dość dziwne, zwłaszcza jak na tak filigranową kobietę? - “u tak filigranowej kobiety” poprawiłem w myślach. Nie, nie wiedziałem. Nie wiedziałem, że ma na imię Ewa, nie byłem nawet pewien czy jest filigranowa. “Figliranowa”, powinna była powiedzieć “figliranowa”.
- Kochanie, plotki zostawmy na później, przede wszystkim chcieliśmy przeprosić Pana za niedogodności związane z remontem, ale wie Pan jak to bywa, trzy razy zmienialiśmy ekipę, zamontowali odwrotnie kaloryfery i to przed parapetami, trzeba było kuć i od nowa, elektrykę puścili po skosach i znów kucie.- powiedział wtykając mi szklankę z jakimś alkoholem.
- Ależ, nie było ..... - zacząłem mamrotać.
- Musiał mieć Pan gehennę, ale to nasz pierwszy remont, pierwsza w życiu przeprowadzka, zupełnie nie wiedziliśmy jak się do tego zabrać.
- Nie wątpię - mruknąłem przypominając sobie poranne pakunki. - A gdzie Państwo wcześniej mieszkali? - spytałem, żeby nie wyjść na kompletnego mruka, alkohol miał posmak lukrecji.
- Och, z rodziną...- powiedziała J-ona i popatrzyła niepewnie na męża.
- Na przedmieściach. - uciął krótko, potem z porozumiewawczym uśmieszkiem dodał - Nie było warunków na wicie gniazda, jeśli Pan rozumie. Pan się zajmuje książkami, prawda? - zagaił.
- No, tak...

Rozmowa zeszła na szczęście na tematy okołoliterackie i nie musiałem tłumaczyć, że robię składy książek kucharskich i pozycji z rodzaju “Feng-shui w weekend”. J-ona mówiła coś o Grocholi, J-on o Paolo Coehllo, zastanawiałem się, gdzie schowali pudła z niewypakowanymi książkami, bo w pokoju nie było ani grama papieru ze zszytym grzbietem, nie było też raczej nic co by przypominało półki na książki. Za to alkohol rozgrzewał miło od środka, poduszki obejmowały coraz czulej, powoli przestałem zwracać uwagę na to o czym rozmawiamy i czy w ogóle rozmawiamy.
- Pan mieszka sam? - wyrwała mnie z tego czułego odrętwienia J-ona.
- W zasadzie tak. Moja, znaczy Anna wyjechała na trzy miesiące na stypendium. - W zasadzie to skłamałem, przecież nigdy nie mieszkaliśmy razem, zaproponowałem to Ance strategicznie przed wyjazdem, żeby miała czas na przemyślenia, albo żebym ja miał.
- Ma pan narzyczoną! Wiedziałam!- aż klasnęła w ręce.
- Tak, mam narzeczoną - powiedziałem chyba dobitniej niżby należało, bo zaraz J-ona stwierdziła, że muszę im o niej opowiedzieć, ale już nie dziś. Może to i dobrze, w sumie co miałbym im opowiedzieć o Ance, że ma śliczny biust? zrobiła sobie ostatniego dnia zdjęcie z ręki moją cyfrówką, miało być twarzy, ale nie wcelowała. J-on przy pożegnaniu przepraszał znowu za remont i ściskał moją rękę potrząsając przesadnie jak na przedwojennych filamch, myślałem, że ludzie już tego nie robią.
- Musimy jeszcze porozmawiać, Pan świetnie słucha, mało jest ludzi, którzy tak świetnie potrafią słuchać, prawda kochanie?

Następnego dnia rano obudził mnie telefon, dzwoniła Anka. Chyba się za nią stęskniłem, bo gadałem i gadałem do tej słuchawki, jakbym przez całe to gadanie mógł być bliżej, językiem przy jej uchu, prawie w środku. - Bordo? od kiedy ty odróżniasz bordo od czerwonego?
- Skarbie, bordo to kolor, kiwi to nie jest kolor, ogórek to nie jest kolor, malina to nie jest kolor, to owoce.
- Z wyjątkiem ogórka, ale powiedz chociaż jacy są?
- No, czy ja wiem...
- Matko, sympatyczni, niesympatyczni, fajni, dziwni? - nie protestowałem, że chodziło mi o ogórka.
- Bardziej sympatycznie dziwni niż dziwnie sympatyczni, zadowolona?
- Tak! - i wiedziałem że się uśmiecha, nawet kiedy uśmiechała się tysiąc kilometrów stąd, w pokoju robiło się jaśniej.
- Wracaj już, co?
- Wrócę, wrócę, już niedługo. - no pewnie że nie długo, jeszcze tylko dwa miesiące, z trzech.

Poszedłem do sklepu. Przed sklepem siedział Bazyli, baset sąsiada z parteru, z wyrazem całej rezygnacji świata na mordzie. Uwielbiam tego psa, jest jak krążownik smutku przedzierający się przez trawniki. Wdepnie w błoto, przydepnie brudną łapą ucho, ucho zarzuci na grzbiet, a potem patrzy cały upaćkany na swojego właściciela, Pana Henryka, jakby mówił: “Nie jestem z tego dumny, ale postaw się na moim miejscu.” Pan Henryk właśnie dyskutował o wyższości wędliny w plasterkach nad wędliną w kawałku, albo odwrotnie:
- Jak kupię w plasterkach to obeschnie i trzeba będzie dać Bazylemu, jak kupię w kawałku, to potem zostaje zawsze ta końcówka której nijak się nie da pokroić i też trzeba będzie dać Bazylemu.
- A to może zafoliowaną? - zasugerowała ekspedientka.
- Eee, to żadna różnica, od momentu jak się otworzy.
- Albo pasztet, można rozsmarować – wtrąciłem się, jakoś mi to poranne rozgadanie jeszcze nie minęło.
- A co będę psu żałował, niech będzie 15 deko pasztetu i z 10 plasterków tyrolskiej. Dzień dobry Panie Szrejter, co dobrego słychać? Poznał już Pan naszych nowych sąsiadów?

W sumie to sam byłem ciekaw czy Państwo JJ (jak oni właściwie się nazywają?) wszystkich zapraszali na poremontowe przeprosiny. Pan Henryk był u nich wczoraj po południu, aż dziwne, że się nie spotkaliśmy, bo wyglądało, że wyszedł tuż przed moim przyjściem. Zabrałem swoją kawę, jajka, papierosy i wyszliśmy. Obiecywałem rzucić palenie w czasie kiedy Anka wyjechała, no nic, jeszcze dwa miesiące, z trzech, na razie zaciągnąłem się z niejaką ulgą zaraz przed sklepem. Pan Henryk zachwycał się, jakie ich mieszkanie jasne, jaki niebieski dywan, bo on przy psie to w ogóle nie może mieć dywanu. Niebieski? Pewnie to był któryś z tych nienazwanych odcieni niebieskiego, bo nijak tego dywanu nie kojarzyłem. Beż, bordo, brąz, wyliczałem w pamięci. Doszliśmy do klatki, wyciągnąłem klucz, Pan Henryk przystanął grzebiąc w kieszeniach: - Chyba zostawiłem portfel w sklepie, mam nadzieję, że w sklepie, ale przecież musiałem zapłacić, więc na pewno w sklepie. Poczeka pan tu chwilę z Bazylim, jak pójdę sam będzie szybciej.
- Pewnie, pewnie.
- Kupiłem mu takiego psiego batonika, niech mu Pan da.
Wygrzebałem batonika, wyglądał jak jakieś ciasteczko z nadzieniem, Bazyli zamachał kilka razy ogonem i wyciągnął szyję:
- Dasz łapę? - zażartowałem.
No i coś takiego, dał. Co prawda prawie się położył na boku żeby ją derwać od ziemi, poczułem się przez chwilę jak tyran rozdzielający łaski, albo wręcz przeciwnie. Chyba dlatego nie mam psa, ta poddańczość, usłużność zwyczajnie mnie krępuje. Z klatki wyszła kobieta w rozpiętym za dużym płaszczu z popielatą grzywką, dawno nie obcinaną. Niosła jakieś grube tomiszcza, skinęła głową i niepewnie ominęła mlaszczącego psa. Filigranowa Ewa faktycznie była filigranowa, na ile dało sie wypatrzeć między połami tego płaszcza jak po starszej siostrze, powinna się nazywać Stefania Bozowska. Szkolne lektury czepiają się mnie jak rzepy skołtunionej sierści szczeniaka. Pan Henryk przypominał mi Alcybiadesa, tego ze “Sposobu na Alcybiadesa” Niziurskiego, a JJ jakoś nie mogłem sobie przyporządkować, rozmywali się przy próbach porównań. Właśnie szli razem Pan Henryk i J-ona.Okazało się, że J-ona znalazła portfel przed sklepem, Pan Henryk musiał upuścić kiedy odwiązywał psa.
- Z tymi psami zawsze problemy, miłe stworzenia, ale kłopotliwe, no i sierść. Jak długa, to się kłaki po kątach robią, jak krótka to wbija się w dywan, w kanapy, w fotele. Człowiek żyje jakby siedział na psie.- wzdrygnęła się. J-ona jako pchła Szachrajka? Chyba jednak nie bardzo, prędzej mróweczka, ja pewnie byłem konikiem polnym w jej mniemaniu. Z dezaprobatą zerknęła na moją siatkę z zakupami.

Przez następnych kilka dni nie miałem ani przyjemności, ani nieprzyjemności spotkać nikogo z sąsiadów, Bazyli biegał czasami przed blokiem, ale sam. Biegał to może zbyt duże słowo. Skończyłem koretkę poradnika dla pszczelarzy, kolejne zlecenie już było umówione, ale materiały mieli wysłać za tydzień. Anka grzebała w ziemi na jakiejś pustyni zapomnianej przez Boga, za to świetnie pamiętanej przez Allacha, czym starałem się nie martwić. Niestety kontakty telefoniczne musieliśmy ograniczyć, zostały maile i gg, żałowałem, że nie kupiłem jej kamerki. Można sobie wyobrażać, czyjś głos z tych napisów na monitorze, ale skąd wiedzieć, czy akurat rusza koniuszkiem nosa, czy nie? Robiła tak, kiedy wciągała się w dyskusję, dlatego zawsze miała rację, rozbrajało mnie to z jakiekiegolwiek oręża intelektualnego. Zabrałem się za porządki w mieszkaniu, co prawda jeszcze zostało ponad półtora miesiąca, ale co miałem lepszego do roboty. Zacząłem od książek, już stały w dwóch rzędach na półkach, a Anka miała przywieźć swoje. Wzdragałem się na myśl, że trzeba będzie część wyrzucić, nawet gdyby to miał być “Ogórek, uprawa szklarniowa”, albo “Sekrety Urody“, może to ostatnie zostawić Ance, czy się obrazi? Książki wywoływały u mnie jakiś mimowolny szacunek, niezależnie od treści, wartości, stanu i tego, że wszyscy znajomi po fachu reagowali dokładnie odwrotnie. Przeglądanie zajęło cały dzień, wieczorem miałem na środku pokoju jakiś dwudziesto- kilogramowy stos. Potrzeba jest matką wynalazków, których się później żałuje. Zszedłem do JJ, żeby spytać, czy nie mają użyczyć pudeł, żeby te książki spakować. A pewnie, że mieli, ale J-ona spytała, czy nie mogła by zerknąć na te książki, bo może znajdzie coś dla siebie. Niestety nie bardzo wiem, jak to się stało, że w efekcie wyszła obrażona z mojego mieszkania ściskając te “Sekrety Urody”. To znaczy mniej więcej wiem, ale wiedzieć i rozumieć... Weszła, zaczęła przeglądać, odkładała sobie na kupkę, spytała czy nie mam jakiejś torby, poszedłem poszukać do kuchni, a jak wróciłem stała przed moim komputerem, gdzie na tapecie było ustawione zdjęcie ślicznego biustu Anki.
- Jak Pan może, ma Pan narzyczoną! zupełnie się nie spodziewałam od Pana tego! myślałam, że Pan jest, jest ...
- To jest moja narzyczona... - z zaskoczenia powtórzyłem po niej.
- Tym bardziej niech się Pan wstydzi! wstyd od Boga i ludzi!

I faktycznie było mi wstyd, ale później, kiedy zdałem sobie sprawę, że chyba trzeba było ją przeprosić, a niestety zdziwienie odebrało mi mowę. Trudno. Może w sklepie będą mieli jakieś pudła. Sąsiadów miałem z głowy, to było pewne. Następnego dnia wywiozłem książki do rodziców na działkę, ale zostawiłem kupkę wybraną przez J, Anka napisała, żebym jej zaniósł z przeprosinami. Czego nie zrobiłem po powrocie, zaskoczony czym innym, po stole w kuchni łaziły sobie w najlepsze mrówki. Tego mi brakowało, blat popstrzony czarnym maczkiem jak tłumaczenia po korekcie.

O tempora! o fora – internetowe! For poświęconych pozbyciu się mrówek znalazłem kilka. Zasada pierwsza – schowaj spiżarnię w pojemniki. Zasada druga – znajdź źródło, zabij królową. Jedna forumowiczka opisywała, że wypatrzyła ścieżkę mrówek w ubikacji i przesiadywała godzinami z kapciem w ręku, żeby złapać moment kiedy będą przenosić królową, ponoć się udało, ponoć wystarczył zwykły kapeć. W hipermarkecie spędziłem dwie godziny wybierając pojemniki. Zaczynam rozumieć, co kobietom zajmuje tyle czasu, nie pomyślałem żeby wymierzyć szafki. Ponadto nie rozumiem, czemu robią je w tylu rozmiarach, które świetnie pasują, żeby schować te pudełka jedno w drugie, ale już są zupełnie niekompatybilne jeśli ustawić je obok siebie.

c.d.n

Źródło: "http://poewiki.org/index.php/Strona_osobista:Monika_Mosiewicz/Mr%C3%B3wkofon"

Ostatnio zmieniane o 19:24, 24 marca 2007


[PoeWiki]

Edytuj
Rozmowa
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne